You are currently browsing the monthly archive for lipiec 2007.

nastał ten dzień… bagaż jest śmieszny… śmiesznie ogromny… moje zdenerwowanie jeszcze większe… niepewność sytuacji w jaką się pakuję jest niemierzalna śmiesznością… jadę… szybko nie wrócę… będę tęsknić… szczególnie za moim łóżkiem… i za spokojną egzystencją… i może trochę jednak za autobusami MZA, szczególnie gdy w sztormie będę zasuwać ulicami Aarhus na rowerze…

przygodę czas zacząć…

bez paniki bez paniki… karol kolejny raz ratuje mnie z obłędu wyjazdowego… zostały 3 (słownie: trzy) dni…

harry potter zaliczony. bez zachwytu, ale i tak uwielbiam:)

dochodzę do absurdu w bagażu jak przewidywałam… mimo że bardzo się ograniczam to i tak widok mojego pokoju w walizkach mnie śmieszy i dołuje za razem…

dziś dla odmiany.. i z okazji posiadania ogromu wolnego czasu (chciałabym…) wybieram sie na ślub.. a potem na wesele…

a potem jest niedziela

a potem poniedziałek

a potem, jak to zwykle ma miejsce po poniedziałku, wtorek

i jadę sobie…

chuj chuj chuj…. co mnie nie zabije mnie wzmocni….co mnie nie zabije mnie wzmocni….co mnie nie zabije mnie wzmocni….co mnie nie zabije mnie wzmocni….co mnie nie zabije mnie wzmocni….co mnie nie zabije mnie wzmocni….co mnie nie zabije mnie wzmocni….

żeby dowiedzieć się na tydzień przed wyjazdem że w BWZ nie ma moich dokumentów które tam dawno miały już być… że mam beznadziejną panią koordynator (przyszli erasmusowie – strzeżcie się!)… że umowy do podpisania będą może w pierwszym tygodniu sierpnia i uwaga.. ja już będę na erasmusie…

i wogóle odebrałam legitymację.. elektroniczn.. w której elektronicznie mnie poszerzyli i zamiast 1 ani są dwie….

i na szczęście k. zwycięsko wyszedł z sądu dziś… i już nie mogę się jarać że mam mężczyznę kryminalistę… no trudno:P

wogóle jakoś dziwnie… wlecze się za mną wrażenie braku działalności kreatywnej… smutno mi że jadę do tej danii… ja chcę na żagle… i co z tego że tam klub żeglarski i pływanie po morzu jak mi sie chce na śmierdzące mazury… i przez ten duński wyjazd nie jestem teraz w pełni promieni słonecznych z jovinką i tito… i nie pojadę nigdzie z racuchami… wogóle chujowo… na szczęście już wiem na pewno że w danii  w pokoju mam internet co jest wiadomością cudowną, bo będę tam siedzieć nocami i wypisywać tu głupoty… super…

dowiedziawszy sie również że mój były chłopak bierze ślub… doświadczam jednego z głupszych uczuć jakie sobie można wyobrazić… bo mimo wszystko, mimo zdrowego rozsądku, pojawia się mrugające w głowie pytanie “to już?”…

na szczęście jest karol… i karol mnie podtrzymuje na duchu:)

mam karę… w związku z najlepszą średnią w moim życiu, jaką dzierżę za miniony semestr, postanowiły pokazać się światu moje zęby domniemanej mądrości…. boli jak kurwa mać.. tym bardziej że mam jakieś tam zapalenie, które dentystka określiła bardziej dosadnie “w pani jamie ustnej zachodzi fermentacja”… ratunku…

w związku z pojawiającym sie zainteresowaniem, piszę z przyjemnością i radością, że władzio czuje się już na prawdę dobrze:)

ja natomiast dostałam wczoraj od mojego wypasionego chłopaka prezent w formie torby kosmetyków których bym sobie w życiu nie kupiła… bo tak drogich:( kobieta próżną jest… a co dopiero ja:P dobra.. pochwaliłam się… wrzucone zostały do walizki, w której na razie jest tylko czajnik i nike’i do biegania… to na razie mój cały bagaż do aarhus:P wyjazd za 11 dni…

a dziś najważniejszym wydarzeniem jest obrona licencjatu przez jedną z najważniejszych osób w moim życiu… i ogłaszam wszem i wobec że gdy będzie to obrona pracy magisterskiej to nie omieszkam przyjechać, jak by co, z drugiego końca świata, żeby wysłuchać mojej siostry plującej się godzinę po japońsku:P ale niestety mi smutno… bo dziś tam być nie mogę… :( i publicznie się kajam… a pić będę za to do upadłego w poniedziałek:) oczywiście za tę 5:)